Reklama
  • Środa, 6 kwietnia 2016 (13:05)

    Rutyna w małżeństwie

Kiedy dzieci się wyprowadziły, w domu zagościła nuda. Od jakiegoś czasu żyliśmy z mężem bardziej obok siebie, niż ze sobą. Już nawet nie rozmawialiśmy.

Pójść do pracy, przesiedzieć w niej osiem godzin, wyjść z pracy, po drodze do domu zrobić zakupy, potem ugotować obiad, podać go mężowi, posprzątać, umyć się, obejrzeć film, położyć się spać. Wszystkie moje dni wyglądały podobnie.

Reklama

Z wyjątkiem soboty i niedzieli, bo wtedy nie pracowałam. W sobotę robiłam większe porządki, a w niedzielę przed obiadem szliśmy z Markiem na mszę. Ot i całe różnice. Nim dzieci się wyprowadziły, było inaczej, weselej, zawsze coś się działo, a teraz... szkoda gadać.

Zostaliśmy z Markiem sami. Do emerytury jeszcze trochę nam brakowało, a ja zaczynałam się obawiać, że kiedy nadejdzie, to oddalimy się od siebie jeszcze bardziej. Już teraz było źle. Marek wychodził do pracy rano, wracał po południu, zasiadał przed telewizorem i czekał, aż podam obiad.

Jeszcze niedawno zjadaliśmy go razem, ale od pewnego czasu mój mąż nie ruszał się sprzed ekranu. Gdy stawiałam przed nim talerz z zupą, sięgał po łyżkę i nie odrywając wzroku od oglądanego programu, zjadał, co dostał. Kusiło mnie, żeby podstawić mu talerz z wodą.

Chyba w ogóle nie zauważyłby różnicy. A przecież kiedyś rozmawialiśmy przy posiłkach. Mieliśmy wspólne tematy, całe mnóstwo. Teraz nie umiałam sobie przypomnieć ani jednego. Przeważnie jadłam samotnie w kuchni, czytając kolorową prasę. Nie miałam ochoty patrzeć na obojętnego Marka.

Dawniej chwalił moje potrawy, obecnie na pytanie, czy mu smakowało, odburkiwał: – Yhm. Z kanapy podnosił się dopiero wtedy, gdy zrobiło się późno. Szedł do łazienki i zaraz potem spać. Zasypiał od razu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie przytulił.

Żyliśmy nie razem, a obok siebie jak dwoje współlokatorów.

Coraz bardziej mi to przeszkadzało. I coraz trudniej było mi ukrywać zazdrość, gdy słuchałam opowieści Anki, mojej koleżanki, co z mężem robili, gdzie pojechali, z kim się spotkali. Anka była w moim wieku, ale zamiast zachowywać się jak na starszą panią przystało, lubiła „poszaleć”.

Pewnego wieczoru poszli z mężem na plan zabaw! Zaśmiewała się potem do łez, opowiadając o tym, jak wcisnęła się w siedzenie huśtawki i nie mogła zejść.

– Gruba jestem i tyle! – chichotała. – A ten wariat próbował mnie na siłę wypchnąć. Mało nie popsuliśmy huśtawki! Z jednej strony zaskakiwała mnie jej beztroska i brak zahamowań, ale z drugiej... wiele bym dała, żeby wyjść gdzieś z Markiem. Może nie na plac zabaw, ale choćby na spacer.

Tamtego wiosennego dnia jak zwykle wróciłam z pracy do domu, ugotowałam obiad i podałam go mężowi.

– Piękna pogoda. Może wybralibyśmy się na spacer? – spytałam, gdy zaczął wiosłować łyżką w talerzu z ogórkową. – Yhm – mruknął, nie odrywając wzroku od telewizora. – Marek, czy ty mnie słuchasz? – zdenerwowałam się. – Słucham, oczywiście – odparł bez zainteresowania.

– Jasne – warknęłam i wyszłam do kuchni. Jak tu z takim gadać? Telewizor stał się centrum jego wszechświata. Gdyby jeszcze to cudo umiało gotować, mogłabym nie istnieć! Zjadłam obiad i sięgnęłam po gazetę, którą kupiłam wracając z pracy.

„Zrób coś, co przełamie rutynę” – wpadł mi w oczy kolorowy tytuł. Łatwo powiedzieć. Niby co miałam zrobić? Zamiast ziemniaków ugotować makaron?

Nazajutrz pogoda była jeszcze ładniejsza. Wyszłam z pracy i już miałam ruszyć w stronę domu, gdy niespodziewanie zmieniłam plan. Zapragnęłam przejść się po parku.

Spacerowałam po alejkach, przyglądałam się mijanym ludziom, zachwycałam budzącą się do życia przyrodą. „Marek czeka na obiad” – tłukło mi się po głowie, ale tak strasznie nie miałam ochoty wracać do domu, że odkładałam tę chwilę jak najdłużej.

Kiedy w końcu stanęłam w progu mieszkania, przywitał mnie zdenerwowany mąż. – Gdzie byłaś? Już dawno powinnaś wrócić z pracy! – Zauważyłeś, że mnie nie ma? – udałam zdziwienie.

– Wiesz, ile razy dzwoniłem?! Wyjęłam z torebki komórkę. – Chyba się rozładowała – przyznałam. A potem spytałam z ironią: – Tak bardzo zgłodniałeś, że oderwałeś się od telewizora? Marek spojrzał na mnie bardziej zaskoczony niż urażony. – Martwiłem się, że coś ci się stało – wykrztusił, a potem... mnie przytulił. Tego wieczora długo i szczerze rozmawialiśmy.

– Mam już dosyć tej naszej nudy! Dzień w dzień to samo – wyrzuciłam z siebie to, co od dawna leżało mi na sercu. – Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś? – dopytywał Marek. Wtedy do mnie dotarło, że rzeczywiście, zamiast spróbować porozmawiać z mężem, obrażałam się i zamykałam w sobie.

Obiecaliśmy sobie, że teraz wszystko się zmieni. Ja będę otwarcie mówić, co czuję, a on będzie słuchać, co mówię. Tak zrobiliśmy pierwszy krok do uratowania naszego związku.

Życie na gorąco
Więcej na temat:rutyna | Marek | marka | za gruba | Go | Tak

Zobacz również

  • Rozstaliśmy się po 25 latach małżeństwa. Na początku byliśmy w sobie bardzo zakochani, a gdy pojawiły się dzieci, zaczęły się problemy życia codziennego – zaczęła Basia, moja dzisiejsza... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.