Reklama
  • Wtorek, 16 sierpnia 2016 (15:06)

    Niewierność kobiet. Dlaczego zdradzają?

„Mnie to się nie zdarzy”, wmawiały sobie, choć w Polsce co trzecia mężatka ma romans. Miała je chronić przysięga przed ołtarzem, zasady wpajane w domu i... lęk, że tyle jest do stracenia: mąż, dziecko, bezpieczny dom. A jednak pozwoliły sobie na zakazaną miłość. To było im potrzebne, by zrozumieć, co w życiu jest najważniejsze. Jakiego dokonały wyboru? Opowiadają niewierne matki Polki.

Tekst: Marta Bednarska

Reklama

Idealna pani domu - Agata, 39 lat. Zdradzała przez kilka miesięcy.

Czas sprzed roku. Pamiętam, jak odkrawałam skórki od chleba, tak jak lubi syn, prasowałam koszule i przeglądałam oferty wakacji. Od 15 lat żyłam na planecie „matka, żona, kucharka”, choć powoli się z niej wyprowadzałam.

Jan, mój mąż, tego dnia miał kwaśną minę, bo nocą wymigałam się od seksu. Zamiast z nim kochałam się przez telefon z innym mężczyzną. Mój romans trwał już kilka miesięcy. Marzę, by cofnąć czas się do Bożego Narodzenia 2014. Wtedy nie miałam kochanka.

Widzę to jakby dziś: mąż osadzał choinkę, wściekły, bo nie lubi tego robić. Pocieszałam się: „Górki, dołki – najważniejsze, że mam rodzinę. Może on nie jest księciem z bajki, ale zarabia, kocha naszego synka”.

Na dobre i na złe

W święta Krzyś miał 40 stopni gorączki, dzień wcześniej głęboko zaciął się nożem. Lekarka pogotowia powiedziała: „Pięciokrotnie przekroczony poziom leukocytów, oby to nie była sepsa”. Nie chcę, żeby mąż odwiedzał nas w szpitalu często, bo strofuje personel.

„Jest poprawa”, mówi po kilku dniach ordynator, który często zagląda do Krzysia. Rozmawiamy czasem po pół godziny. Opowiada o własnym synu, który wyjechał z jego byłą żoną do Stanów. Czuję prąd, gdy doktor przypadkiem dotyka mojego kolana. „To jest złe!”, myślę, jednak nie odsuwam nogi.

Po powrocie do domu Jan się czepia: „Nie dopilnowałaś rany!”. Matka beszta, gdy się na niego skarżę: „Nie wymyślaj problemów! Takiego męża to ze świecą szukać!”. Milczę, ona wiele zniosła z ojcem. Wybaczała zdrady tak jak i babcia. W domu musiało być tak, jak chciał tata.

„Tradycja jest jak Dekalog”, mawiał. Pouczał: kobieta ma być uległa, tylko pełna rodzina sprawi, że dzieci wyrosną na mądrych, niezaburzonych ludzi. Mama godziła się na to bezwarunkowo. Uświadamiam sobie, że robię tak jak ona. Wmawiam światu, że w moim małżeństwie jest idealnie: Krzyś ma piątki, szczawiowa mi świetnie wyszła, a na wakacje mąż zabiera nas za granicę. Nie śmiem pisnąć, że nie wypalił inny plan – miała nas ominąć nuda, napięcie, wątpliwości, czy warto być razem.

Długo wierzyłam, że małżeństwo jest na całe życie. Wyszłam za mąż jak statystyczna Polka, w wieku 27 lat, po latach chodzenia. Nie dostrzegałam wad w partnerze, bo kobiety są wyrozumiałe! Gdy jego złe dni zdominowały codzienność, uznałam to za test mojej dojrzałości.

Naprawdę miałam frajdę, serwując niedzielny obiad punkt 15, satysfakcję, gdy w przeciwieństwie do koleżanek nie wracałam do pustych czterech ścian. Obrączka to symbol bycia pełnowartościowym człowiekiem.

Bywało dobrze. Na rocznicę ślubu dostałam złoty łańcuszek, a zamiast ofiarować kwiaty, wymienił mi opony w aucie. Albo przyjeżdżał po mnie na firmową imprezę. Znajomi chwalili: „Jesteście fajnym małżeństwem”. Nawet nie wiedziałam, że mogę chcieć więcej niż domu na cichym osiedlu, męża, dziecka, psa i wakacji w Turcji.

Wmawiałam sobie, że nasz seks to rodzaj czułości. Jan przysuwał się, a gdy próbowałam się wykręcić od pospiesznego „numerka” bez pieszczot, mówił: „Jesteś piękna, kocham”. Z czasem brzmiało to jak zdarta płyta. Może i kochał, ale po swojemu.

Dopóki Bartosz, lekarz, który uratował mi synka, pierwszy raz nie dotknął mojego ciała, uznawałam to za normę. Małżeńską normę.

Anatomia zbrodni

Po wyjściu ze szpitala doktor codziennie dzwoni z pytaniem o Krzysia. „Może wreszcie kawa?”, proponuje. Czuję euforię. I wstyd, gdy maluję kreski na powiekach. On jest spokojny, błyskotliwy, otwiera mi drzwi w aucie. „Głupia, nie daj się złapać na takie sztuczki”, strofuję się. Śmieję się przy nim pierwszy raz od dawna.

„Nie przejmuj się, to nie romans”, zapewniam siebie, gdy zgadzam się na kolację . Uciekam przed jego dotykiem. Po wyjściu piszę jednak sms: „Chciałam tego pocałunku”. Kasuję zaraz jego czułą odpowiedź i dziesiątki wiadomości w kolejnych tygodniach.

Okłamuję męża, że jadę do siostry i dla Bartosza przebieram się w aucie w ołówkową sukienkę. Przysięgam sobie „tylko raz i koniec”. Ale w jego mieszkaniu nie poznaję siebie. Jakby nagle ktoś otworzył kurek z emocjami. Płaczę, bo jak nie płakać, gdy opowiadasz o nijakości życia, o tym, że męża wiecznie coś trapi – nie dogaduje się z bratem, niecierpliwi się, że Krzyś jest niezdarą na boisku.

– „To co was trzyma razem? – pyta cicho Bartosz. – Kiedyś cieszyły nas podróże starym daihatsu, czytanie na głos Małego księcia i chyba seks. Choć po urodzenia synka sypialnia stała się miejscem odpoczynku”. Bartosz władczo wyjmuje kieliszek z mojej dłoni. I dzieje się. Ale gdy zapinam stanik, panikuję: – „Nie mogę rujnować małżeństwa. – Już to zrobiłaś” – mówi on smutno. „Pazurami będę się trzymać rodziny””, myślę w drodze do domu.

Na parkingu wyjmuję z portfela obrazek świętej Teresy, patronki trudnych małżeństw: „Pomóż mi obudzić się z tego snu”. Rano telefonuję do siostry. – „Jest ktoś” – łkam. A Kaśka podnosi głos: – „Doktorek i tak cię kopnie, nie pragnie ciebie, tylko się ekscytuje, bo nie jesteś jego”. Złoszczę się, że siostra sprowadza naszą historię do seksu.

Wciąż jest tylko NIC

Co dzień myślę, dlaczego tak czepiam się Jana. Bo od dawna rozmawiamy tylko o obowiązkach domowych. Gdy wkładam przy nim bieliznę, wzdycha, że zapchał się filtr w pralce. Pod jednym dachem żyjemy na dwóch półkulach. A ja mam przecież jedno życie!

Za rzadko pytam siebie, czego chcę. Dotąd myślałam, że wyliczanka: mąż, dziecko, dom, pies – to moje spełnienie. A jeśli zechcę być inna? „Inność to zło. Pedały, lesbijki, singielki są chore”, mawiał mój ojciec.

Nasiąkłam jego filozofią. Refleksja przyszła dzięki romansowi. Pamiętam sms od kochanka: „Zastanów się, co jest ważniejsze: iluzja szczęśliwej rodziny czy wysiłek, by nie być w życiu samotnym? Ja wybieram to drugie. Ciebie”.

Latem zeszłego roku w Decathlonie obściskujemy się bezkarnie z Bartoszem między regałami. „Gdzie byłaś po południu?”, dopytuje tamtego dnia mąż. Pokazuje ekran komórki i wypija duszkiem szklankę dżinu. Zdjęcia, na których całuję się z Bartkiem, przysłała mu znajoma. Czekam na wrzaski, ale on prosi: „Przejdźmy się”.

Na schodach w parku gapię się na gumy do żucia przyklejone do chodnika. Dawno temu mówiłam do męża Johnny – to imię pełne było przymiotników: seksowny, mądry, czarujący, zabawny. Dziś jest samo Jan. – „Więc, Jan… co się z nami stało?

– Co ty z nami zrobiłaś!? Nawet nie porozmawiałaś ze mną, tylko gziłaś się z innym!” To zły moment na moje żale, mąż nie umie rozmawiać o emocjach. Atakuje: „Zabiorę ci dziecko, mieszkanie, nie zobaczysz nas więcej”. Oślepia mnie. Tym razem nie euforia, lecz strach.

Przypominam sobie słowa z forum o zdradach: „Już drugi rok płaczę po tym, jak zostawiłam męża dla innego. Naćpałam się kochankiem, ale na ekstazie się skończyło. Mąż zrobił ze mnie psychopatkę, spotykam się z córką w obecności kuratora, oddałabym wszystko, żeby znowu mieć rodzinę”.

W obliczu straty syna i męża czuję, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jan rozkazuje: „Dzwoń do tego gnoja, ma zniknąć. A potem wracamy do domu! – Zajęte” – pokazuję telefon. Jan pisze sms: „Zbliżysz się do mojej żony, a Agata nie zobaczy więcej syna”.

Co czuję? Jestem jak dziecko, które musi być posłuszne, bo rodzic jest mądrzejszy. Reakcja męża to chyba jego sposób na walkę o nas. Czy to oznacza szansę?

Poligon doświadczalny

Kilka dni, tygodni „po”. Bartosz jest zły, potem po alkoholu błaga o spotkanie, a zaraz pisze: „Szanuję twoją decyzję”. Kasuję jego wiadomości. Boli. Próbuję jak kiedyś cieszyć się śniadaniami z mężem, staram się z Krzysiem spędzać jak najwięcej czasu, który zabierałam mu przez kochanka.

Zamiast kibicować młodemu na zawodach, jechałam z Bartoszem do Kazimierza. A teraz smutne dziecko odsuwa się, gdy je przytulam. „Mnie też zostawisz jak tatę?”, płacze. Jakby wstrzyknął mi adrenalinę w serce. Bo najbardziej się boję, co powiedziałby, gdybym odeszła. Spieprzyłam. I Janek też, bo nie ukrył mojej „zbrodni”, choć ustaliliśmy, że Krzyś o niczym się nie dowie. Mały usłyszał jednak słowa ojca: „Myślę, jak ten doktorek cię całował. I o rozwodzie”.

W domu patrzą więc na mnie dwaj mężczyźni, których zawiodłam. Dziecko wybacza inaczej niż dorosły. Moja uwaga, czułość „cerują” naszą relację. Z mężem jest trudniej. Ustaliliśmy, że zaczynamy od nowa, ale praktyka wygląda jak poligon.

Przez pierwsze miesiące Janek awanturuje się o drobiazgi. O bałagan, o to, że zapomniałam zapłacić za komórkę i że za długo rozmawiam z siostrą. Sprawdza bilingi, przepytuje, co robię w ciągu dnia. Muszę odpokutować... Gdy się wścieka, tłumaczę: „wybrałam nas, zależy mi”, ale przedstawiam też swoje argumenty.

„Wiesz, jak bolało, gdy sama jechałam na poród do szpitala, bo miałeś śledzika z kolegami? Jak chciałam, żebyś dotknął mojej ręki, gdy przechodziłeś obok w kuchni? Jak wyłam, gdy wciąż nie byłam dla ciebie dość dobra?”. On też musi zrozumieć, dlaczego zdradziłam.

Trudno mu tego słuchać, czasem przytulam go jak dziecko, gdy się ciska. Wiem, że odchorowuje ból, dlatego jest niedobry. Ale się stara.

Pierwszy sukces? Janek pyta któregoś wieczoru: „Naprawdę traktowałem cię z buta, mój kumpel tak twierdzi”. Wiem, że powoli dostrzega, że też zawinił. „Ile razy dziś myślałaś o nim?”, znowu pyta, otwierając drogie wino. Butelka roztrzaskuje się na terakocie. A Janek zaczyna się śmiać: „Mam za swoje, po co ja cię tak przepytuję?”.

Szok, bo zamiast się wkurzyć, przytula mnie. Szukam wsparcia u siostry. Skoro ganiła mnie za romans, niech teraz podpowie, jak wyjść z kryzysu. „Uwiedź Janka – radzi. – Zwariowałaś? – To facet, seks jest dla niego ważny.

– OK, skoro nie zmienię jego, może sama zrobię coś inaczej?” – zastanawiam się. Raz, drugi odmawia, gdy proszę: „Chodź ze mną do wanny”. W końcu udaje się. Ciężkie to, nienaturalne, ale działa. I pokazuje, że bliskość jest fajna. Jan uczy się słuchać, gdy powtarzam: „Dzikusie, przytul mnie, pogłaszcz, kiedy jesteśmy między ludźmi. Nawet na siłę”.

Dzikusowi czasem się to udaje! Niedawno narysował uśmiechniętą chmurkę z podpisem „Miłego dnia”. Niewiele? Dużo, jak na małżeństwo, które ledwo ze sobą rozmawiało. Obserwuję czasem pary, które całują się na ulicy. Czy brak mi romantyzmu? Wyrosłam z niego. A Janek szuka ziemi na wsi, bo ma plan. Postawimy tam murowany domek dla nas i dzieciaków.

Rozczula mnie, kiedy używa słowa „dzieciaki”. W czasie naszych trudnych rozmów okazało się, że chcemy znowu zostać rodzicami. I to jest jak dożywotnia gwarancja, że zostaniemy razem. Kilka dni temu mąż zniknął na trzydzieści minut w sklepie motoryzacyjnym. Czekając w aucie, wysłałam mu sms: „Zimno mi bez ciebie”.

Wrócił zakłopotany: „Oglądałem przy okazji foteliki dziecięce. Kocie, przepraszam”. Kurczowo trzymam się fotelika i słowa „kocie”. Mówię znów do Janka „Johnny”. Częściej się śmiejemy, za to coraz rzadziej udajemy szczęśliwą rodzinę. Obrazek prawdziwszy, choć daleki od ideału.

Nowa tradycjonalistka

Marta, 35 lat, pozwoliła sobie na romans po 13 latach małżeństwa.

Od kilku tygodni znowu noszę obrączkę. Obiecałam to Michałowi, mojemu mężowi, i terapeutce, która próbuje ratować nasze małżeństwo. Jesteśmy na zakręcie, bo zdradziłam.

„Czy 90 minut raz na dwa tygodnie w państwowej poradni pomoże mi zachwycić się mężem?”, wątpię. Jednak zrobię, co mogę, żeby się upewnić, czy nie kocham już Michała. Stolarza z Podhala, któremu 13 lat temu ślubowałam miłość. Faceta który jest ojcem naszych bliźniaków i... typowym góralem.

Jako 22-latka zakochałam się w jego silnych ramionach. Nie szkodziło, że nie wiedział, kto to Zadie Smith. Za to zabierał mnie nocą w góry. Miałam swoją metafizykę. I tradycyjny dom z prababcią, dziadkami, teściami. Pełną rodziną, jakiej nie znałam z Warszawy.

Wychowywała mnie samotnie matka skrzypaczka i jej kolejni faceci. Cieszyłam się, że codzienność w Małym Cichym składa się z prostych czynności. Brak mi czasu na imprezki, emocjonalne zakręty – przekonywałam samą siebie. Zajmowałam się dziećmi i jednocześnie pracowałam.

Po pedagogice zatrudniłam się jako nauczycielka w podstawówce. „Zimne te tarciochy”, mąż przy kolacji odsuwał talerz, a ja biegłam do kuchni „poprawić się”. Nie dąsałam się, bo potem przy pachnącym kominku głaskałam kota, a za oknem była absolutna cisza. Michał przysiadał się i ściskał moją pierś.

Kochaliśmy się często, po urodzeniu dzieci mniej. Koleżanki z Warszawy dziwiły się: „Dałaś z siebie zrobić kuchtę, opiekunkę”. Może zazdrościły silnej rodziny, przystojniaka, który kochał zaborczo? Na początku kręciła mnie jego nieufność. Ale gdy zarzucił, że uwodzę własnego teścia, dławiło mnie zażenowanie.

Dla Michała na awantury był jeden sposób – mocny seks. Ja wolałabym pogadać. Szczęścia szukałam więc w spacerach z synami po dolinach, w rozmowach z babcią męża, która nazywa mnie „gołąbeczką” i opowiada, że trzeba przymykać oko na warczenie czy zdrady, bo „górale honorowi, a o żonę, dzieciaki zadbają do śmierci. Czy to nie najważniejsze?”. No tak.

Gdzie moje obietnice?

Dwa lata temu mężczyzna z Warszawy wynajął nasz letni dom niedaleko Chochołowskiej. Mam na głowie chustkę i dres, gdy szykując pokój, układam szydełkowe zazdrostki. – „Sama je pani zrobiła? – ciepły głos elektryzuje.

– No... tak – zawstydzona poprawiam włosy. – Gustowne, projektuję dom w górach. Mogę ukraść pomysł?”. Kolejnego dnia jadę u niego posprzątać w spódnicy i w makijażu. Liczę, że znów się spotkamy. Częstuje mnie malinami, a ja opowiadam o górach. „Tęsknisz za Warszawą?”, Robert – tak się przedstawia – jest bezpośredni, od razu skraca dystans.

„Uciekłam z miasta, szukałam spokoju, rodziny”. Wieje silny wiatr, Robert okrywa mnie kocem: „Bądź moją przewodniczką, zabierz lalusia na jakiś wierch”. Trochę się kryguję, ale po dwóch tygodniach znajduję czas. Zdyszani wędrówką i rozmowami siadamy na trawie. Robert przysuwa się blisko. Zagaduję tę chwilę, a on kładzie mi palce na ustach.

Nie umiem wyśliznąć dłoni z jego ręki. Ani odwrócić głowy, gdy mnie całuje. „Kaj byłaś?”, teściowa szóstym zmysłem wyczuwa, że coś kombinuję. Z poczuciem winy piekę bombolki z miodem, ulubiony deser Michała, zabieram dzieciaki do starego kościółka. W ciszy chcę pogadać z Bogiem.

„Od kiedy Robert mnie dotknął, jakbym zapomniała, że to Michałowi obiecywałam czułość. Ale to było tak dawno temu i tyle się między nami zmieniło...”, myślę. Robert prosi o rozmowę. Zgadzam się, ale ostrzegam: do niczego więcej nie dojdzie. Siedzimy więc na balkonie, a on deklaruje, że od rozwodu przy nikim się tak nie czuł. Nie obchodzą go romanse.

Ale najbardziej kupuje mnie łzami: – „Przepraszam, że tak szybko stałaś się ważna. – Bronię się jednak. – Przysięgłam sobie, że będę inna niż matka. Żyła od romansu do romansu” – opowiadam o moim dojrzewaniu. Chcę uciec, on przytrzymuje mnie przy drzwiach. Potem dzieje się wszystko co zakazane.

Do jego wyjazdu kochamy się kilka razy. Maile od Roberta są długie. Przesyła mi muzykę, fragmenty książek Zeruyi Shalev ze słowami: „To o nas”. Wiem, że pojadę do niego do Warszawy, bo nie mogę przestać myśleć o tym, jak budzi moje ciało, dotyka innej części mnie. Marty, która chce szaleństwa. Ale jestem mężatką.

W grudniowy niedzielny poranek w moim domu wśród świerków pachnie kawą i rogalikami. Plamy słońca oświetlają obrus ze śniadaniem. Michał pomaga chłopcom wyrzeźbić owcę z drewna. Marzyłam o takich chwilach. A teraz myślę tylko, żeby sprawdzić maile.

„Co ty taka radosna?”, pyta mąż, gdy przez kolejne tygodnie wszystko robię ze zdwojoną energią. Nawet w sypialni jestem entuzjastyczna, ale szybko uświadamiam sobie, że chcę pokazać Michałowi inną miłość. Może poczuję to co z Robertem?

Martwa w łóżku

„To tylko seks – mówi przyjaciółka – przejdzie ci, popłaczesz i wrócisz do męża. – To aż seks! – protestuję. – Jak z Pięćdziesięciu twarzy Greya. – Nie wiesz, że to kicz dla niespełnionych pań w średnim wieku? – pyta koleżanka. – No to jestem niespełniona. Raczej martwa w łóżku z Michałem. – Ale czemu? – chce wiedzieć ona.

– Odkąd są dzieci, nie jest tak samo. Wiesz, jak to jest, gdy łóżko kojarzy ci się z bólem podczas karmienia? Żałuję, że Michał był przy porodzie. Dziś mam wrażenie, że bierze mnie jak kawał mięsa. A ja... posłusznie mu służę.

– Przyjaciółka milczy. Wreszcie proponuje: – Przekonaj męża, że musisz spędzić ze mną sylwestra. Powiedz, że się rozstałam z facetem albo że moja mama ma raka. Będę cię kryła...”. Zabieramy z Michałem dzieci na wigilię do rodziny w Murzasichlu. Jakoś kupił bajeczkę, dlaczego sylwestra spędzimy osobno.

„A teraz, dziwki, lećcie po drzewo – zagrzewa mój teść – która przyniesie drewna do pary, ta szybko wyjdzie za mąż”. Irytują mnie durne obrzędy, które kiedyś urzekały. Odliczam dni do spotkania z Robertem. „Poradzimy sobie. Byle razem” – słyszę od niego.

Koniec grudnia 2015. W pociągu do Warszawy widzę w oknie odbicie przerażonej dziewczyny. „Skończyć to? Nie wyobrażam sobie życia bez Roberta. Grać na dwa fronty? Długo tak nie pociągnę. Odejść? Mogę zawieść męża, ale nie dzieci”.

Na Centralnym spojrzenie Roberta, jego głos przenoszą mnie w inny świat. – „Liczy się tu i teraz – mówię, gdy jedziemy do niego. – Nie, chcę planu na długo, bez terminu przydatności” – mówi on. Po raz pierwszy myślę: „Może to właściwy wybór? Niewierna mężowi, ale wierna sobie”.

Brzuch boli mnie z nerwów, gdy wracam do Zakopanego. Ale gdy widzę na peronie synów, wzruszam się. „Jestem nienormalna, mam męża, dzieci i zakochałam się w innym”. Znowu nic nie jest proste. Michał w domu przytula mnie: „Byłaś grzeczna?”. I zaraz ciągnie do sypialni. Nie umiem udawać podniecenia, a byłam w tym dobra. – „Mam się zgrywać? – prowokuję.

Widzę, przestraszone oczy męża: – Ty jakaś nie moja, narozrabiałaś? – A dziwisz się?” – wypalam wściekła. Zamykam oczy, bo wiem, że wyraziłam się wystarczająco jasno. Oto dzień prawdy. – „Błagam, nie klnij tak” – uciszam, gdy rozwścieczony Michał zrywa firankę w oknie. W końcu siada na podłodze i zaczyna… szlochać.

Wyrzucam z siebie: – „Nie wiem, czy chodzi o ciebie, czy o to, że wk... mnie bycie kuchtą, samotną mamą, bo z dziećmi wypadasz dobrze na zdjęciach. Byłam głupia, że bałam się powiedzieć ci o mojej złości i żalu. – Kto inny cię słucha” – mąż wstaje, a ja spodziewam się silnej góralskiej łapy. Nie, on znika.

Po dwóch dniach kumple zostawiają go pijanego pod naszymi drzwiami. Gdy trzeźwieje, słyszę obelgi. I tak przez kilka tygodni. Wyżywa się. Bez słowa zabiera chłopców na dwa dni, nie odbiera komórki. Po powrocie śmieje mi się w twarz. „Dzieci zostaną przy ojcu, a ty rób, co chcesz!” – grozi.

Do akcji wkracza teściowa, sadza nas przy stole. „Nie odejdziecie, dopóki się nie dogadacie!” – krzyczy. To chyba jedyna kobieta, którą Michał szanuje. Trzęsą mu się ręce, gdy znajduje słowa, na które czekałam tyle lat. Żałuje, że mnie zaniedbał, nie wyobraża sobie życia beze mnie.

„Obiecuję, już nigdy, już zawsze...” Irytuje mnie jego kiczowaty sentymentalizm. Jestem pewna, że jeśli zostanę, nic się nie zmieni. „Kocham cię jak brata” – odsuwam się od stołu. Teściowa nie odpuszcza: – „Bądźcie razem dla chłopców, może pomoże rozmowa z księdzem? – Albo terapia?” – wyrzuca z siebie Michał.

On to proponuje?! Nie wierzę w jego nagłą metamorfozę, ale daję szansę: – „Okej, umów nas na terapię”. Chcę pogadać o nas z kimś trzecim. Dostać odpowiedzi na pytania, co z dziećmi, jak oznajmić im, że tata i mama już nie potrafią być ze sobą. Na razie rozumiem, że Michał kocha mnie władczo, że groźby i obelgi to jedyny sposób, by pokazać, że mu zależy. Nawet na terapii jest porywczy. Nie chcę tak.

Robert czeka i zapewnia: „Opowiedziałem córce o tobie i chłopcach. Naszą układankę da się poskładać”. Tęsknię za nim. I nie chodzi o to, że obudził we mnie kobietę. Po prostu w wieku 35 lat odkrywam, że wcześniej nie kochałam. Czy da się wrócić emocjonalnie do Michała? Czarno to widzę, ale jeszcze nie pakuję walizek.

Spoglądam na góry: „Boże, podobno tutaj jesteś bliżej, spraw cud”. Dziś, po czterech terapiach, wydaje mi się, że z mężem możemy liczyć tylko na cud. Bo prawdziwa rodzina, której szukałam w drewnianym domu, okazała się iluzją, w którą chciałam wierzyć.

Marta Bednarska

Zobacz również

  • Z mężem bardzo oddalamy się od siebie. W moim życiu rok temu pojawił się Jan. Do niczego między nami nie doszło, ale wiem, że chciałby się ze mną związać. Co robić? Agata z Torunia więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.