Reklama
  • Środa, 5 sierpnia 2015 (08:05)

    Jaką cenę płaci się za bycie żoną?

Podobno mężczyźni zmieniają się po ślubie. Ale dla kobiet małżeństwo bywa codzienną bitwą, by ocalić samą siebie. Jak walczyć o własne szczęście? Tekst - Zyta Rudzka

W zeszłym tygodniu bez okazji dostałam od męża anemony z dołączonym wierszykiem miłosnym jego autorstwa. I pomyśleć, że mamy prawie 30-letni staż małżeński.

Pobraliśmy się na studiach. Ja byłam na zarządzaniu, Michał na polonistyce. Szukałam kogoś z innego świata, wrażliwego i czułego. To się sprawdziło. Doskonale się uzupełniamy – chwali się 52-letnia Renata.

Reklama

Wow! – tak właśnie mam ochotę krzyknąć, bo myślałam, że małżeństwo i poezja raczej się wykluczają. A jednak, gdy Renata opowiada o swoim landrynkowym świecie, za nic nie mogę zobaczyć błysku w jej oku. To nie są oczy szczęśliwej mężatki! Zaczynamy rozmawiać. Nie mija dużo czasu, kiedy z przekonaniem stwierdza, że nie chce ani anemonów, ani złotych zegarków, ani nawet miłosnych wierszy. Jak to możliwe, że w ciągu godzinnej rozmowy jej landrynkowy świat wywrócił się do góry nogami?

Bukiet od męża

Renata ciężko pracuje i dobrze zarabia. Ma swój profil na Instagramie. Oglądam rodzinne zdjęcia. Córki paradują w mundurkach elitarnej, prywatnej szkoły. Mają swoje konie czystej krwi arabskiej, a jej mąż lubi uwieczniać się w Kioto, gdzie zgłębia sztukę haiku (rodzaj poezji japońskiej). 

Wyczuwam, że dla Reni rodzina to rodzaj trofeum. Patrzę teraz tylko na jej zdjęcia. Sweet foty z partnerami biznesowymi, wbrew definicji, nie są zbyt słodkie. Spod służbowych uśmiechów wyziera napięcie.

Ostatnio Renata była na wymuszonym urlopie. Myślała, że to migrena, zdiagnozowano nadciśnienie. Spędziła kilka dni w spa, ale po powrocie problem się powtórzył. Zmieniła leki, jednak niepokój o zdrowie pozostał. Lekarz doradził zmianę trybu życia.

Łatwo powiedzieć. Renata nie może mniej pracować, nie teraz, może za kilka lat, jak córki skończą studia w USA. Bo będą tam studiować, to już postanowione. Widzę, że wizja wspaniałej przyszłości dzieci ją uszczęśliwia. Nauczyła się, by z tego czerpać satysfakcję.

Renia co wieczór jest online na Instagramie, ale ze swoimi uczuciami chyba już dawno jest off. Funkcjonuje w sztywnych ramach intensywnej pracy. Zarabia, ma sukcesy, jednak przy okazji nieźle się ogłusza. Wysokie ciśnienie to budzik. Renia musi się obudzić ze swojego amerykańskiego snu i zadbać o psychofizyczne zdrowie. Tu nie wystarczą masaż i joga. Potrzebne jest przedefiniowanie ról żony i matki.

Żona w opałach

Renata wspomina mamę: siedziała w domu i była zdana na humory ojca. W swoim domu to Renia jest główną dowodzącą. To ona siedzi na tronie i jest z tego dumna. Ale nie widzi, że, owszem, siedzi na tronie, lecz zaharowana i z nadciśnieniem. Wkłada ogromny wysiłek w to, żeby być bohaterką we własnej rodzinie.

Jednocześnie nie poddaje swojego trybu życia racjonalnej weryfikacji. Dba o luksus najbliższych, tymczasem jakość jej życia pozostawia wiele do życzenia. Postrzega siebie jako kobietę niezależną, silną wojowniczkę. Jej tożsamość opisują karty kredytowe, gadżety oraz elitarne hobby jej bliskich.

Dzielna Renia wszystko funduje, a sama nie ma czasu korzystać z pieniędzy. Jej romantyczny mąż, nauczyciel, o 14 jest w domu. Kupuje jej anemony, zegarki, pisze haiku, bo ma na to czas! Wieczorem siedzą tylko we dwoje. Ona wyczerpana, milcząca, ale z uwagą słuchająca, jak on opowiada o tym, że się rozwija, nie stoi w miejscu, ciągle się czegoś uczy i ma takie fajne życie. I jeszcze jaką ma idealną żonę.

Zgadzam się z nim. Renata jest idealną żoną. Szkoda tylko, że nie jest też sobą. – Mój mąż nie boi się silnej kobiety – zapewnia Renia. Ale czy nie brakuje mu nieco wrażliwości? U boku żony może się w pełni rozwijać, zadbać o codzienne przyjemności, jednak nie dostrzega, że jej życie destrukcyjnie zdominowała rola sponsorki rodziny. Może to widzi, ale nie chce tego zmienić? Tak mu jest wygodniej.

Mąż żyje pełnią życia, a żona żyje na pełnych obrotach. Mąż jest poetą podziwiającym kwitnące wiśnie, a żona to maszynka do robienia pieniędzy. Renia jest akwizytorką rodzinnej prosperity, ale sama stała się nieobecna, nie czuje siebie. Nie ma ognia w brzuchu. Nie ma błysku w oku. Zasila się, patrząc na wspaniałe życie dzieci i męża.

Kim więc jest? Supermenką, a może współczesną niewolnicą Isaurą? Silną kobietą czy może mało świadomą siebie istotą, niepodłączoną do swoich uczuć? Jest oparciem dla innych. Ale czy może polegać na sobie? Teraz, gdy ma kłopoty zdrowotne, nie zwalnia tempa pracy i nadal nie odmawia niczego swoim bliskim. Czy naprawdę wie, co dla niej dobre? I czy rzeczywiście nie pozwala innym sobą kierować?

Jej bliscy mogą wybierać, w czym chcą – ale tylko dzięki katorżniczej pracy Renaty, która sama pozbawiła się możliwości wyboru.

Wypalenie małżeńskie

Oddaję głos 55-letniej Idze: – Wczoraj wyjrzałam z kuchni i przez dłuższą chwilę obserwowałam męża oglądającego telewizję. Bardzo dawno na niego nie patrzyłam. Poprawiałam mu krawat, pomagałam przymierzać nowe ubranie, ale już dawno nie przyglądałam mu się bez konkretnego powodu.

I nagle poczułam, że wcale nie mam ochoty usiąść przy nim na sofie, przytulić się do niego czy pośmiać razem z nim. Potem Iga wyjawia, że mąż mało ją zna. Na przykład nigdy nie dowiedział się, że co miesiąc wspiera finansowo przyjaciółkę, która samotnie wychowuje autystyczne dziecko.

Nie miał pojęcia o ostrej bitwie, jaką stoczyła, by zdobyć awans. Nawet nie domyślił się, że jesienią brała leki na sen. – Może chciałam sprawiać wrażenie filmowej żony ze Stepford: zadbanej i perfekcyjnej pani domu? – zastanawia się.

– Jednocześnie wcale nie uważam swojego małżeństwa za porażkę. Wychowaliśmy wspaniałego syna. Jest dobrze, chociaż… nudno. Nie czuję się w pełni sobą w takim układzie. Kiedyś lubiłam dyskutować o każdym filmie. Byłam typem buntowniczki, która chce zmieniać świat, ale mąż jest zawsze ze wszystkiego zadowolony. Znajomi twierdzą, że małżeństwo mnie odmieniło. On dał mi podobno poczucie bezpieczeństwa i stałam się pogodna.

Bzdury – protestuje gwałtownie Iga. – On w humanitarny sposób stępił mi pazury i wyrwał kły, a ja dałam się udomowić. Teraz, gdy syn się wyprowadził, zobaczyłam, że żyję w klatce. Odezwała się moja natura. Gdybym miała lepszą pracę, odeszłabym od męża!

Żona wychodzi na wolność!

Iga nie jest zadowolona z małżeństwa, bo uważa, że przestała być sobą. Nie wiadomo, czy gdyby żyła zgodnie z innym scenariuszem, nadal zachowałaby swoją dziką naturę, ale jedno jest pewne: ma duże oczekiwania wobec jakości długoletniego związku. Chce czuć, że kocha i jest kochana. Pragnie mieć intensywne doświadczenia. Ale czy takie euforyczne przeżycia są dobrym fundamentem dla związku?

Przecież oparcie małżeństwa tylko na uczuciach zmniejsza szansę na jego trwałość. Fascynacja mężem znika po około dwóch latach. To naturalny proces i wcale nie świadczy o tym, że nic mnie już z tym człowiekiem nie łączy.

Nie brzmi to romantycznie, ale małżeństwo to rodzaj inwestycji życiowej, za którą bierze się odpowiedzialność. Albo podejmuje się uczciwą i jawną decyzję, że się owej odpowiedzialności już nie bierze.

„Miłość to sprawa idealna, małżeństwo – realna. Połączenie rzeczy realnej z idealną nigdy nie uchodzi bezkarnie”, twierdził Goethe. Niektóre kobiety odchodzą, bo nie mogą funkcjonować w wypalonym uczuciowo małżeństwie. Inne ważą, co razem zbudowali, jaką cenę zapłacą za rozpad związku oni i ich dzieci. 

Kiedy mężatka zaczyna rozmawiać o swoim małżeństwie, często mówi o sobie w liczbie mnogiej: pojechaliśmy, kupiliśmy, zaplanowaliśmy. To małżeńskie MY często pożera kobiece JA.

Iga miała potrzebę, by oddawać część swoich pieniędzy przyjaciółce. Robiła to w ukryciu. Podobnie w tajemnicy zmagała się z problemami w pracy. Bała się, że jej potrzeby i kłopoty naruszą małżeński układ. Ale to ich ukrywanie prowadzi do destabilizacji.

– Dlaczego nic mu nie powiedziałaś? Bałaś się, jak zareaguje? – pytam. – To spokojny facet – odpowiada – ale trochę sknera. Nie lubi marnować pieniędzy. Powiedział, że moja przyjaciółka jest dorosła i powinna skuteczniej egzekwować alimenty. I tyle.

Iga była wychowywana przez surowych i wymagających rodziców. Gdy zrobiła coś nie tak, była karana, krytykowana i musiała wysłuchiwać niekończących się uwag. Okazywało się, że szczerość i otwartość mają wysoką cenę. Ukrywanie się, drobne sekrety, mijanie się z prawdą – to wszystko było dla Igi sposobem chronienia samej siebie. To wiano wniosła do małżeństwa. Szybko zorientowała się, że mąż oczekuje od niej spokoju, a małe dziecko nie powinno być narażone na stres związany z kłótniami rodziców. 

I tak oto Iga prowadziła podwójne życie: ugodowej żony i kobiety, która za nic nie powie, co przeżywa i z czym się zmaga.

Swoim głosem

Pragnienie życia w pojedynkę może być tęsknotą Igi za życiem bez ukrywania się. Inna sprawa, że całkiem spora liczba kobiet musi nieustannie coś ukrywać. Ich mężowie są zaborczy, agresywni i nadzorujący.

Traktują małżonki jak nastolatki, których trzeba pilnować, bo inaczej wpadną w tarapaty i narobią kłopotu sobie i całej rodzinie. Wiele kobiet płaci wysoką cenę za bycie żoną. Cenzurują swoje pragnienia, wycofują się z tego, czego by naprawdę chciały. Mnóstwo par sprawia wrażenie udanych, ale nie mają sobie nic do zaoferowania poza praktycznymi ustaleniami.

Więź emocjonalna jest sprowadzona do minimum. Nie ma zmiłuj, zawsze trzeba się dostosować, zawsze JA liczy się mniej niż MY, niż rodzina. Zawsze. Tego pęknięcia nie widać, bo niby nic nie szwankuje. Ale korozja następuje. Jedno albo zaczyna tyć, albo pić. Albo nie może spać. A drugie cały czas sprząta, mebluje, kupuje. 

To znak, że jesteśmy nieobecne w związku, że hibernujemy jakieś swoje potrzeby. Czujemy się pomijane. Niby jest rodzina, mamy z kim zasiąść przed telewizorem, zjeść kolację i pogadać przy okrągłym stole, a jednak cierpimy w samotności z mężem na wyciągnięcie ręki.

Coraz częściej instynkt samozachowawczy kobiety podpowiada jej, że lepiej wypaść z roli żony niż żyć z kimś, kto tylko pozornie do nas pasuje. Ale na to też trzeba mieć czas. I odwagę. Bo często nie chcę dopuścić do świadomości tego, że jestem żoną kogoś, kto mną gardzi, kto mnie zaniedbuje, dla kogo jestem tylko matką jego dzieci. Są jednak dobre strony małżeńskich turbulencji.

Gdy żona przeżywa kryzys, ponownie zaczyna mówić w liczbie pojedynczej. Odzyskuje swój głos. Ceną samouzdrowienia jest rozwód. Ale bywa też tak, że praca żony nad odzyskaniem siebie jako kobiety uruchamia proces wygrzebywania się mężczyzny spod masek idealnego męża. 

Rodzina to system. Zmiana zachowania kobiety wywołuje zmiany w mężu. Nie zawsze na lepsze. Jest to jednak próba naprawy i wyjścia z bylejakości. Porzucenie dominujących i krępujących ról żony i męża otwiera drogę do tego, by małżonkowie mogli się znowu spotkać jako kobieta i mężczyzna.

Kiedy czują się silni jako odrębne osoby, ich MY zyskuje nową, autentyczną jakość. Takie happy endy istnieją. Ale rozstanie z mężczyzną, przy którym nie możemy mówić swoim głosem, to równie szczęśliwe zakończenie.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:Nie

Zobacz również

  • Po latach mąż przyznał się do zdrady

    Przeżyliśmy ze sobą 30 lat. Bywało różnie, ale ostatecznie zawsze potrafiliśmy się dogadać – zaczęła Joanna. – Nasze dzieci dorosły, przed dwoma laty córka zaszła w ciążę. Cieszyliśmy się, że... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.